Posterous theme by Cory Watilo

O karze śmierci i więziennictwie słów kilka

Ostatnio popularnym tematem jest sprawa kary śmierci, o którą przypomniał się Kaczyński - opowiadający się za kościołem, który dzięki swym poglądom teoretycznie już jest ekskomunikowany. Biorąc pod uwagę prawo wciskane przez Watykan. Mało mnie jednak interesują poglądy ludzi w sutannach, jak również ich prawa. Pozwolę sobie na mniej lub bardziej zręczne przeskoczenie do głównego tematu.

Śmierć wydaje się być najgorsza rzeczą mogącą przydarzyć się człowiekowi, otóż jest to sprawa dyskusyjna. Wykroczenia, te najgorsze powinno się karać również najgorzej, a śmierć najgorszą karą nie jest. Przykładowo wyrokiem dla mordercy z "doświadczeniem" nie powinno być krzesło elektryczne itp. To nie przyniesie cierpienia, jakie zadał rodzinie swojej ofiary. Karą powinno być coś co przyniesie skazanemu ból, cierpienie i żal za popełnione czyny.

Zawsze można takiego dekadenta powiesić barbarzyńsko na słupie za przyrodzenie, wkładając równocześnie kaktus do rzyci. Myślę, że to o wiele boleśniejsza kara niż sekunda konania na krześle pod napięciem. Nigdy na to nie pozwoli jednak organizacja praw człowieka, jakkolwiek ona się zwie. Przestępca w dzisiejszych czasach jest traktowany lepiej aniżeli zwykły Kowalski czy Nowak z prowincji.

Więzienia nie mogą być przymusowym hotelem, w dodatku z telewizją, siłownią czy innymi rozrywkami, więzień ma pokutować i naprawić przez siebie wyrządzoną szkodę, o ile jest to jeszcze możliwe. Jako podatnik nie godzę się na utrzymywanie przestępców w zakładach karnych, gdy ci oglądają "Taniec z gwiazdami" na więziennym teleodbiorniku. Więzień powinien być siłą roboczą. Wysłać takiego do pracy, oczywiście pod nadzorem policyjnym. Niech sam zarobi na kaszę do obiadu. Dzienne utrzymanie więźnia zabiera z budżetu państwa ok 80 zł. Na co idzie taka kwota? Co ten skazany je w ciągu jednego dnia, że kosztuje to taką kwotę? Jakie więzienne luksusy wymagają takich pieniędzy? Zwykły obywatel nie wydaje takich pieniędzy na przeżycie jednego dnia.

W wypadku zachorowania skazańca, leczenie nie powinno mieć miejsca, a już na pewno nie z pieniędzy państwowych, jak rodzina zapłaci za opiekę medyczną to proszę bardzo. Ja płacić za dobrobyt mordercy nie mam zamiaru, sam siebie do tego zaprowadził.

Dlaczego lepiej oddać komuś swoje narządy?

Nie, nie mam na myśli Twojej sytuacji teraźniejszej (skoro to czytasz to najlepszy dowód, że jeszcze żyjesz, więc narządy są Ci potrzebne) ale biorąc pod uwagę sytuację, w której giniesz przykładowo w wypadu drogowym. Giniesz, czyli nie żyjesz, czyli (w końcu) nie będziesz potrzebować serca czy nerek. Jaki sens jest w takim razie zakopywać tak cenną rzecz jaką są nasze organy do ziemi (skarby się zakopuje, ale bez przesady...)

 

Istotą oświadczenia woli, bo tak "to to" się nazywa jest dokumentem wielkości dowodu osobistego, który zawiera nasze dane osobowe oraz adres zamieszkania wraz z notką zawiadamiającą, że niżej podpisana osoba w pełni świadomie zgadza się - w przypadku nagłej śmierci - na oddanie swoich narządów potrzebującej osobie. Nie muszę chyba dodawać, że najlepiej taki podpisany świstek włożyć między inne dokumenty, które zawsze nosimy przy sobie.

 

Akcja jest szeroko promowana również wśród motocyklistów... przypadek? Nagła śmierć i motocykle to niestety codzienność na polskich (choć nie tylko) drogach. O ile się nie mylę, w 2008 roku, podczas zakończenia sezonu motocyklowego w Małej głównym mottem imprezy było hasło: "Nie zabieraj narządów do nieba" promowane przez organizatora ks. Jurczaka (który swoja reputacje w moich oczach stracił po swoich wybrykach z nieletnimi, ale to temat wielce odbiegający od tego). Zlot w Małej trącił coś we mnie, otworzył oczy na coś o czym do tej pory nie miałem pojęcia, na "oświadczenie woli", Nie musiałem nawet się zastanawiać czy powinienem coś takiego podpisać, czy jestem gotów oddać część mojego organizmu komuś, komu może to uratować życie, a mi - wówczas martwemu - nie dotknie w żaden sposób.

 

Gdzie zdobyć taki dokument?

Chociaż ja oświadczenie zdobyłem u szkolnej higienistki (nieodpłatnie oczywiście) to istnieje jednak wzór do wydrukowania dostępny pod tym adresem.

 

Więcej informacji dostępnych jest na stronach akcji, np: www.oswiadczeniewoli.com.pl

 

Ja podpisałem, a Ty co zrobisz?

 

Prawo jazdy - czyli jak to było

Końcem kwietnia zapisałem się na kurs prawa jazdy kategorii B. Po kilkunastu godzinach wykładów po raz pierwszy wsiadłem do samochodu by zacząć naukę jego prowadzenia z instruktorem na fotelu pasażera. Tak przez 30 godzin, czyli do połowy sierpnia.

Następnie zacząłem szkolenie przygotowujące do zdawania kategorii A. 20 godzin jazdy Hondą CBF 125 i Yamahą YBR 125 na zmianę. Wyraźnie odczuwałem różnice w stosunku do mojego poczciwego Simsona.

 

17 sierpnia w Rzeszowskim WORD'dzie odbył się egzamin teoretyczny z zakresu kat. A i B oraz praktyczny z kat. B. Oba zaliczone pozytywnie. Już więcej niż połowa za mną.

 

Początkiem września kończę 20 godzinę szkoleniowej jazdy na motocyklu. 13 września podchodzę do zaliczenia kat. A. Skutek pozytywny. Czekam na wydanie dokumentu prawa jazdy. Czekam. Jeszcze raz czekam...

 

Dnia 3 października 2011 roku zadowolony odbieram w starostwie dokument upoważniający do kierowania pojazdami.

 

Tak w skrócie wyglądała sprawa mojego prawka, nie piszę już o tym ile mnie to kosztowało, każdemu trzeba było zapłacić. Za odebranie dokumentu zawołali ok. 80zł, raz kozie śmierć.